XX edycja
XX edycja

Penny Arcade. Skandalistka konserwatywna w duszy

Wywiad z  Penny Arcade, który ukazał się w Kurierze Lubelskim 11 września 2015. Rozmawiała Sylwia Hejno.

Skandalistka konserwatywna w duszy

Czy sztuka może być obsceniczna?

Życie jest obsceniczne. Obscena dotyka każdej jego sfery, niech ktoś mi powie, że to, co się dzieje w Syrii, nie jest obsceniczne, że modyfikowanie żywności nie jest obsceniczne… Cały problem w tym, że lokujemy to pojęcie jedynie w tych dziedzinach, które dotyczą naszych naturalnych funkcji, jak prokreacja, a zupełnie je pomijamy w innych.

Gdy miałaś 17 lat, narodziła się Penny Arcade, jak wspominasz tamten czas?

Z wiekiem przeszłość się wyostrza. Jeśli tylko jesteś ze sobą szczery, co nie każdy potrafi, to dostrzegasz rzeczy, które cię zaskakują. Jestem ogromnie wdzięczna młodej mnie za to, że na tyle, być może nieporadnych, sposobów próbowała ocalić moje życie.

Kim była „młoda Ty”?

Cóż, przyglądanie się jej jest ciekawe. W przedstawieniu pt. „Longing lasts longer” („Pragnienie trwa dłużej”) jeden z monologów napisałam w piętnaście minut, prawie się nie zastanawiając. Początkowa część jest o moim dzieciństwie, mówię w niej: „Zaprzyjaźniam się z miastami tak, jak inni ludzie zaprzyjaźniają się z innymi ludźmi. Może dlatego, że moja potrzeba samotności i azylu od zawsze była tak silna. W domu mojej matki, gdy byłam dzieckiem, a także potem, gdy dorosłam, nigdy nie wolno mi było zamknąć drzwi od sypialni, albo być samej nawet przez chwilę (…) hen wysoko, moje plecy oparte o skałę, a słońce na mojej twarzy”. Graham Greene pisał, że zawsze jest taki moment w dzieciństwie, kiedy drzwi otwierają się, by wpuścić przyszłość. I pewnego razu zdałam sobie sprawę, że kiedy jako siedmiolatka wspinałam się po tej skale do szkoły w New Britain w Connecticut, jednym z najbardziej polskich miast w Stanach, to to było właśnie coś, co doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Byłam pierwszym pokoleniem, które przyszło na świat w Stanach, Włochów urodzonych w Stanach, ale nie Włocho-Amerykanów. Byliśmy tam wprawdzie geograficznie, ale stanowiliśmy pewien fenomen.

Dlaczego nie wolno Ci było zamknąć drzwi sypialni?

„A po co chcesz zamykać drzwi?”. Tak postępowano z dziewczętami, zupełnie inaczej niż z chłopcami i myślę, że Polacy mają podobne doświadczenia.

Mówisz o swojej matce, że była Marlonem Brando wśród włoskich matek, jaka była?

Jak wielu ludzi, pomimo ogromnego smutku, który w sobie nosiła, zdołała zachować optymizm. Aż, gdy dobiegła czterdziestki, ta zgryzota ją w końcu dopadła. Była naprawdę twarda i pracowita, sama wychowała czwórkę dzieci. Kiedy patrzę na jej stare zdjęcia, kiedy była dziewczynką i kiedy była młodą kobietą, to mam przed sobą niezbity dowód, że była szczęśliwa. Ja mam teraz sześćdziesiąt pięć lat i widzę jak na dłoni, że uciekałam wtedy od czegoś, czego nie rozumiałam. Jestem bardzo wdzięczna tamtej mnie, że próbowała mnie z tego wyswobodzić.

Uciekałaś przez okno?

O, tak. Cały problem ze mną był taki, że nie dokonywałam żadnych wyborów. Pewnego razu głos w mojej głowie – nie żebym słyszała je często, co to, to nie – powiedział mi: „Twój związek z własnym życiem jest wysoce przypadkowy”. W tym sęk. Dopiero jako pięćdziesięciolatka zaczęłam podejmować świadome decyzje, wcześniej byłam zbyt przejęta traumą rodzinnych historii. Pięćdziesiąt lat to czas, po jakim inaczej spojrzałam na mojego ojca, bo moja matka nie chciała wcześniej w ogóle na jego temat rozmawiać. Wtedy też dowiedziałam się, że moja babcia była w więzieniu i że miała pozamałżeńskie dziecko, które zmarło. W tamtych czasach nie miałam o tych sprawach pojęcia, nawet moja matka nie miała. W domu była jednak wyczuwalna ogromna presja, a każde dziecko uważa, że to ono jest winne. Ale dzięki dwudziestu latom solidnej terapii wiem, że mogę się uznać za taką samą nieszczęśnicę, jak reszta ludzkości. To taka fantazja wierzyć, że terapia zrobi z ciebie osobę nienaruszoną przez pewne doświadczenia.

Od 1990 r. angażujesz tancerzy z różnych części świata do spektaklu, który grasz do dziś. Przeczytam taki fragment z internetu: „Penny Arcade sprawiła, że zatańczyłem. Ten taniec nigdy się nie zestarzał. Jak często teatr robi coś takiego dla Ciebie?”

Używam siebie jako laboratorium, żeby powiedzieć prawdę na temat ludzkiego doświadczenia i to jest bardzo potężna możliwość, jaką oferuje teatr. Nie wiem, ile było tysięcy przedstawień „Bitch! Dyke! Faghag! Whore!”(wyjaśnienie tytułu w ramce obok), ale to w Lublinie będzie dla mnie zupełnie nowym i znaczącym doświadczeniem. To będzie tak, jakbym znowu była w moim rodzinnym mieście, gdy byłam mała. W Lublinie odnajduję tamte ulice, patrzę na twarze i czuję, jakbym je znała i prawie chce mi się płakać. Wiem, że dzielę z tutejszymi ludźmi coś wspólnego.

Nie wzbudzasz ciekawości z tymi jaskrawoczerwonymi włosami?

Wzbudzam. Ale czuję, że indywidualność jest tutaj respektowana, że to się podoba. Oczywiście nie każdemu. Jeśli ktoś się uporczywie gapi, to mu coś odpowiadam i on jest zdziwiony, że jestem zwykłą, miłą dziewczyną. Jako imigrantka jestem dobra w czytaniu nowych miejsc i odnajdywaniu w nich czegoś z domu. Tutaj czuję się naprawdę dobrze, mam wrażenie, że wciąż aktualne są dawno zapomniane wartości, jak uprzejmość, szczerość, autentyczność… Wyczuwam w Lublinie pewną niewinność, której nie ma nic wspólnego z naiwnością. To niezwykłe, bo kulturowe wzorce, z czego 80 procent jest do niczego, dosłownie nas zalewają.

Mówisz jak konserwatystka.

Bo jestem konserwatystką! W takim klasycznym sensie – chcę zachować to, co dobre. I chociaż w moich spektaklach pracuję ze striptizerami, to naprawdę nienawidzę wulgarności. Nie trzeba wcale ściągać ubrania, aby być wulgarnym, wystarczy włączyć choćby Kardashianów (reality show o celebrytce Kim Kardashian i jej rodzinie – przyp. aut.), albo otworzyć jakikolwiek kolorowy magazyn, to wprost obrzydliwe. Do polskiej odsłony „B!D!F!W!” zatrudniłam cztery dziewczyny, dwie są profesjonalnymi tancerkami erotycznymi i są naprawdę niesamowite, dwie pozostałe zajmują się tańcem współczesnym, ale mają doskonałe wyczucie tego, czego potrzebuję. A dla mnie taniec erotyczny jest ekspresją ludzkiej seksualności, to także najsilniejsza feministyczna forma sztuki.

Wiele feministek by się z tym nie zgodziło.

Prawda, ale jestem tu po to, aby to wytłumaczyć. Mianowicie, to jedyna rzecz, która jest w stanie kontrolować mężczyzn w obliczu tylu, ile oni wynaleźli, aby kontrolować kobiety. Korzenie tańca erotycznego wywodzą się z tańca w świątyniach, rytuałów płodności, a zatem czegoś bardzo pierwotnego i fundamentalnego. W seksualności zawiera się cała siła życiowa człowieka. Swoją drogą, nigdy nie zgadzałam się z feminizmem drugiej fali, w który chciała mnie wciągnąć Robin Morgan (amerykańska feministka, napisała książkę „W siostrzeństwie siła” – przyp. aut.). Te kobiety nie chciały być gospodyniami domowymi, podczas gdy moja matka pracowała po 14 godzin dziennie w fabryce wyzysku. W tamtym czasie byłam w szkole poprawczej prowadzonej przez zakonnice i to od nich uczyłam się siostrzeństwa. Choć jestem postrzegana jako radykalna artystka, to ogromny wpływ wywarły na mnie takie osoby, jak siostra Elizabeth Kelliher, niezwykła nowojorska aktywistka katolicka, którą bardzo szanowałam i z którą się przyjaźniłam.

W spektaklu mówisz, że geje, którzy wyszli z szafy w latach 70., byli nudni – nie cierpieli sztuki, mody, tańca, chcieli tylko iść w krzaki jak przeciętny hetero. Jak jest teraz?

Jestem anarchistką i wierzę, że każdy ma prawo robić co chce, dopóki nie krzywdzi drugiego i wykazuje się pewnym poczuciem wspólnoty. Nie obchodzi mnie, co ktoś robi. Jako biseksualistka nie mogłam się odnaleźć w żadnej grupie – nie akceptowały mnie feministki ani lesbijki. Mam wrażenie, że obecnie bycie gejem czy transseksualistą to niebywała sprawa, tylko że ja ich znałam od zawsze. Dla wielu ludzi, szczególnie młodych, to gorący temat. Pamiętam, że w latach 90. cztery na pięć dziewczyn, które szły do college’u, było lesbijkami – przez pierwsze dwa lata. Siła trendu jest ogromna. Zastanawiam się, czy Caitlyn Jenner – wcześniej lekkoatleta Bruce Jenner – byłaby tak ciepło przyjęta, gdyby była heteroseksualnym mężczyzną, który przebiera się za kobietę. Myślę, że nie, bo transseksualizm jest teraz na topie, a sam crossdressing niekoniecznie. Nie znam Caitlyn Jenner, ale patrzyłabym na nią z mniejszym sceptycyzmem, gdyby ten comming out nie był tak mocno związany z byciem celebrytką. Oczywiście, każdy zasługuje na własne życie, życie autentyczne.

Co byś chciała powiedzieć tym, którzy być może przyjdą na Twój spektakl?

Żeby go doświadczyli. Jeśli im się spodoba – to dobrze, jeśli nie – zrozumiem. Każdy ma prawo do własnego zdania, ale wspaniale by było, gdyby ono się opierało na doświadczeniu.

*Penny Arcade debiutowała jako 17-latka

w kampowej grupie teatralnej The Playhouse of the Ridiculous. W wieku 18 lat została Supergwiazdą Warhola i wystąpiła w komedii pt. „Women in Revolt”. Dotąd stworzyła dziesięć spektakli i występuje na całym świecie.

*Spektakl „Bitch! Dyke! Faghag! Whore!” powstał w 1990 r. i jest grany do dziś. W Lublinie będzie wystawiany w czasie Konfrontacji Teatralnych (9-18.10). Tytuł przywołuje obraźliwe określenia, jakie mogą paść pod czyimś adresem, są to: „suka”, „lesba”, „przyjaciółka gejów” i „dziwka”.

Link do artykułu: Kurier Lubelski